Film

Koneser

Szczerze mówiąc atakujące zewsząd trailery i zapowiedzi „Konesera” nastawiły mnie zdecydowanie sceptycznie do tej produkcji. Owszem nienaganna angielszczyzna i cała postać stworzona przez Geoffreya Rusha przyciągnęła moją uwagę, jednak sam zarys fabuły wydał mi się banalny i oklepany.

 

Virgil Jones to rozchwytywany znawca dzieł sztuki. Prowadzi dom aukcyjny, a licytacje z jego udziałem przyciągają tłumy. Ludzie szanują go i podziwiają, jednak nikt nie jest w stanie przebić się przez stworzoną przez konesera ścianę i poznać go naprawdę. Jego chłodne podejście, wyszukane słownictwo, nienaganne maniery, perfekcyjne garnitury są wręcz odpychające i onieśmielające. Sam też stroni od kontaktu z ludźmi, błahych rozmów czy zwykłego dotyku. Rękawiczki ściąga tylko wtedy, gdy dotyka dzieł sztuki. Wtedy też jego twarz rozjaśnia się, a w oczach widać radość. Wiedzie do bólu poukładane, perfekcyjne życie, otoczony pięknem dzieł sztuki. Jednak pewnego dnia jego spokój i pedantyczny ład zakłóca Claire Ibbetson. Neurotyczna i chaotyczna klientka, która raz po raz zmienia zdanie, unika spotkań. Taki chodzący chaos irytuje Vigila niezmiernie, lecz powoli fascynacja i nieodparta potrzeba poznania tajemniczej Claire biorą górę nad jego dotychczasowym podejściem. Virgil zatraca się w tej dość dziwnej relacji, która sprawi, że nic w jego życiu nie będzie takie samo.
I wtedy zaczyna się prawdziwe kino.

zdjęcie: movieberry.com

Więcej o fabule „Konesera” nie napiszę, bo cały urok tej historii tkwi w jej nieprzewidywalności. W momencie, gdy wydaje nam się, że już wszystko wiemy, akcja odwraca się o 180 stopni i znów jesteśmy w punkcie wyjścia.
Film ten nie byłby tak znakomity, gdyby chodziło tylko o fabułę, która momentami przewrotnie ociera się o banał i tani romans.
Świetna gra aktorska, szczególnie perfekcyjna kreacja Rusha nadają „Koneserowi” właściwego smaku. Do tego dobra muzyka Ennio Moriccone i sukces gotowy.

Jak już wspomniałam „Koneser” początkowo nie wzbudził we mnie zainteresowania, a na seansie znalazłam się przypadkowo. I pomimo, że przez pierwszą część filmu byłam utwierdzona w przekonaniu, że jest to film średni, o przewidywalnej fabule, to reżyserowi udało się mnie zaskoczyć. Jednak nie sam rozwój akcji wywarł na mnie największe wrażenie, lecz przewijający się motyw, a raczej stwierdzenie: „Wszystko można sfałszować”. Po obejrzeniu filmu zostajemy z w zasadzie z jednym niedopowiedzeniem: czy wszystko było grą? Czy istnieje coś czego nie można sfałszować? Czy w bilansie zysków i strat Virgil wyszedł na plus, czy przegrał totalnie? I czy chwile wypełnione miłością są faktycznie bezcenne?
Właśnie tym jednym niedopowiedzeniem, tym niewyjaśnionym do końca wątkiem Giuseppe Tornatore sprawił, że wyszłam z kina zaintrygowana, zamyślona i zadowolona.
Jedyna rysa na tym dopracowanym obrazie, to polskie tłumaczenie tytułu „The Best Offer”. Zdecydowanie oryginał bardziej odzwierciedla istotę filmu.

 

Tytuł: La Migliore offerta
Reżyser: Giuseppe Tornatore
Obsada: Geoffrey Rush, Sylvia Hoeks, Jim Sturgess, Donald Sutherland
Produkcja: Włochy
Czas trwania: 124 minuty
Gatunek: dramat, romans, kryminał

  zdjęcie: flimweb.pl

  • Mi trailer mignął może ze dwa razy (raz gdy byłam w kinie na „World War Z”, drugi chyba gdzieś w telewizji). I mnie zaintrygował! Jakoś zupełnie nie miałam skojarzenia z tanim, banalnym romansem. Dzięki za tę recenzję, jeszcze bardziej utwierdziłaś mnie w przekonaniu, żeby obejrzeć ten film, jak tylko nadarzy się okazja.

    • readeat

      Obejrzyj koniecznie. Trailer wywołał u mnie i u mojej znajomej takie same skojarzenia co do fabuły i historii, które okazały się totalnie błędne. Podoba mi się ten zabieg, bo tym bardziej film mnie zaskoczył.